houk
 
powrót

Wariaci pod scenę, próchno za drzwi

Relacja z koncertu 30.01.2003 Warszawa - stodoła (ma być z małej litery w całym tekście!) Armia, Houk, Elvis De Luxe, Triquetra napisana do gazety RuaH 23/2003, w której nie została jednak opublikowana.


Czytanie w czerwcu napisanej w kwietniu recenzji ze styczniowego koncertu mogłoby się wydawać czynnością wielce dyskusyjną czy wręcz niepotrzebną, gdyby nie parę faktów - musimy się dostosować do kwartalnego cyklu wydawniczego to raz i dwa: nie często zdarza się być na takim koncercie. No właśnie, mnie to za bardzo w ogóle nie zdarza się bywać na koncertach he he he, a obiektywnie pisać i tak nie zmierzam. Upieram się wręcz przy subiektywnym punkcie widzenia, nawet jeśli miałby on nie być tożsamy z oglądem większości. Ale wracając do koncertu: umówiłem się z Maleo, że wpisze mnie z całą rodzina na listę gości, tak, żebym mógł doświadczyć rozrywki w towarzystwie żony i dzieci - niech zobaczą (dzieci znaczy) jak sobie tatuś życie latoś umilał. Na szczęście żona moja w przypływie uczuć heroicznych zadecydowała, żebym sam poszedł. Jako, że niezbyt często taki dzień dobroci dla zwierząt mi się trafia skrzętnie z niego skorzystałem, jak się okazało chyba za podszeptem sił wyższych decyzję o koncertowej wstrzemięźliwości żona mój podjęła, gdyż organizator koncertu bez wiedzy artystów powykreślał ponad połowę zaproszonych osób, z czego powstało niesamowite zmieszanie...
Tak sobie stałem przed klubem (bo oczywiście jako gościa zespołu nie mogli mnie wpuścić wcześniej) i od godziny siedemnastej z groszami przyglądałem się ludziskom powoli gromadzącym się przed stołeczną stodołą. Mimo, że Ruah jest pismem, które z założenia stara się raczej godzić niż wprowadzać zamęt (za co mu chwała) odpuszczę sobie inwektywy, nie omieszkam natomiast napisać skąd decyzja o niepoprawnej pisowni nazwy własnej...

Tak więc stoję sobie przed klubem, śnieżek prószy (cały dzień zresztą prószył), patrzę na sześcioro osób skwapliwie wtulonych w barierki (jakby jakiś najazd Hunów miał się odbyć a nie kulturalna impreza z kręgów kultury uważanej za chrześcijańską.) i wsłuchuje się w informacje o kolejnym przesunięciu godziny rozpoczęcia koncertu, i w duszy błogosławię Bogu za decyzję mojej żony. Z tego, co pamiętam stałem tak ze dwie godziny, kolejka zdążyła rozrosnąć się do dwustu osób, a mnie włos się jeżył na myśl o tym, co byśmy przeżywali z trójka dzieci, z których najmniejsze miało wtedy trzy miesiące. Chyba bardziej bym się wściekł gdybym musiał wrócić z nimi do domu niż gdyby się pochorowały.... Na szczęście w końcu zaczęli wpuszczać: na początku było śmiesznie, bramki do metalu (jak wiadomo młodzi chrześcijanie wprost uwielbiają zarzynać siebie nawzajem a i innym nie przepuszczać), rewizja, kontrola plecaków. Co z tego, kiedy za chwile się okazało, że nie wpuszczają osób poniżej osiemnastego roku życia. Jak wiadomo nieletni chodzą tylko do teatru, filharmonii i opery a na rockowe koncerty dopiero w okresie pokwitania, kiedy najlepiej wychodzi im pogo, moshing i hedbenging. I tak oto okazało się, że organizatorzy koncertu w nosie mają równość wszystkich wobec prawa i swobodę gromadzenia się o niezbywalnym prawie do rozrywki nie wspomnę. Takie faszystowskie metody to sobie można w kinie wprowadzać gdzie od zawsze istniała praktyka ograniczeń wiekowych, ale na koncertach??? Rozumiem, że gdyby w chórkach któregoś z występujących zespołów śpiewałyby zupełnie nagie dziewczęta albo wulgaryzm ich przesłania byłby możliwy do zaakceptowania tylko przez dorosłą część populacji - no ale w końcu doszedłem do wniosku (wszak jeśli nie wiadomo o co chodzi to chodzi na pewno o pieniądze), że pewnie mogliby stracić koncesję na sprzedaż alkoholu i stąd ten genialny pomysł - lepiej nie wpuścić małolata, który zapłacił za bilet niż mniej zarobić nie sprzedając browca na koncercie.

Kolejną niemiłą niespodzianką było to, że jako gość zespołu nie miałem wstępu na tzw. bakstejdż no, ale po raz kolejny Kosa stanął na wysokości zadania i już po chwili uzbrojony w pożyczony z pracy aparat cyfrowy i identyfikator Tomka Jaśkiewicza z Triquetry (dzięki Tomasz!) mogłem jako członek saportu fotografować tenże saport podczas akcji, bo Triquetra zagrała jako pierwsza. Bardzo fajnie zagrali, tyle mogę powiedzieć z ręka na sercu. Wcale się nie przejęli (no może się przejęli, ale nie pokazali tego po sobie) faktem, że jako zespół z poza warszawki musieli grać gdy w sali nie było nawet jednej piątej ludzi (to kolejny owoc rewelacyjnej polityki organizatorów - ochroniarzy: jak wpuścić do klubu i zrewidować ponad sześćset osób w ciągu godziny - nie mówiąc już o tym, że wpuszczanie tychże i tak rozpoczęło się z opóźnieniem). Mimo iż zespół zagrał z basistą zastępczym, nie było tego w ogóle słychać - zgranie i precyzja jakie nie często zdarzają się w oryginalnych składach. No ale może byli tak skoncentrowani na tym by nie dać plamy przed "stoliczną" publicznością, że wypadli wprost rewelacyjnie: Podol szalał jakby to był Woodstock '68, cały czas kiedy nie musiał na niej grać, odrzucał gitarę na plecy i łapał mikrofon w dwie ręce jakby przez niego chciał tchnąć w ludzi ducha tekstów całą mocą swej przepony. Uderzyła mnie też niezwykła pokora, z jaką podchodzą do swego grania i kontaktu z publicznością - ciągle z humorem, ciągle go podtrzymywali jakby dając do zrozumienia, że to nie oni są tu najważniejsi. Na koniec Podol jakby z dystansem do tego wszystkiego co się dzieje powiedział, że to wszystko to jednak tylko kłamstwo, podziękował za koncert i głeboko się wszystkim pokłonił... Widać było, że zespół nie ma żadnych kompleksów związanych z dużą sceną i mogliby w takiej stodole zagrać nawet dla dwóch tysięcy ludzi nie jako saport, ale jako główne danie.

Nie da się tego powiedzieć niestety o zespole, który grał jako drugi - Elvis de Luxe zagrał tam chyba tylko dlatego, że jeden z jego członków gra w zespole będącym jedną z gwiazd owego wieczoru. Niestety z tego samego względu kapela z Ostródy musiała zagrać jako pierwsza dla prawie pustej sali. Ech życie, znowu układy. Na dokładkę nie zagrali nic rewelacyjnego, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że saport wcale nie zagrał jako pierwszy - ich występ zapamiętałem jako nieco chaotyczną i hałaśliwą mieszankę gitarowego skowytu, nawalania perkusisty i wrzasku wokalisty - potwierdzenie znalazłem w wyrazie lekkiego szoku i zdziwienia odmalowanego na twarzach pań w moherowych berecikach i kozakach, które wyglądały jakby nie wiedziały, po co się tam znalazły. Szybko mnie znudzili i poszedłem szukać znajomych celem ucięcia sobie pogaduszek. Rzadko się zdarza spotkać tylu znajomych na raz.

Po tym antrakcie było już normalnie. Armia zaczęła jak zwykle z kopyta i jak zwykle tempo to utrzymywała przez cały czas aż do samego końca. Tylko, że w Armii gra już tylu członków Tymoteusza, że sam nie wiem czy to Armia czy Tymoteusz.... Chyba jednak Armia, ponieważ grali kawałki Armii a Budzy występował w swojej charakterystycznej czapeczce błazna. Cały czas zresztą błaznował- w przerwach pomiędzy wokalizami stał z rękoma w kieszeniach i z łobuzerskim uśmiechem kontemplował zwycięstwo ducha nad materią. Dlaczego? Otóż, kiedy po raz ostatni byłem w stodole na koncercie Armii jakieś siedem lat wcześniej, nie było całej sali ludzi tak żywiołowo reagujących na muzykę i wyśpiewywane przez niego teksty. Grali na jakimś podeście ustawionym w kącie jakby mieli podać kotlety. Sytuacja koszmarna, dla zespołu którego koncerty opłacało się organizować na halach sportowych było to jak śmierć. Jako, że był to okres radykalnego określenia się za ewangelicznymi wartościami rzesze fanów opuściły zespół - na koncerty przychodziła ledwie garstka wiernych fanów i chudzi kolesie w koszulach w kratkę i z duszkami Taize na rzemykach - zaczęła się dokonywać zmiana nie tylko w przekazie zespołu, ale także wśród jego publiczności. Ci, którym zaczął przeszkadzać jednoznacznie chrześcijański przekaz (wszak muzyka nie zmieniła się aż tak bardzo - zespół ma do dziś dnia łatwo rozpoznawalne brzmienie - prawdopodobnie będą grali w ten sposób dopóki starczy sił i nadal nie będzie to nudne) odeszli a na ich miejsce przyszli nowi - ludzie ze wspólnot, panie w moherowych beretach i kozakach (na twarzach, których nareszcie zagościło zrozumienie, po co tu przyszły), młodzi chrześcijanie, załoganci peiksa i zbylaki Maryi. Ale stodoła znowu jest pełna a ja jestem świadkiem tryumfu, tak tak, tryumfu ludzi, którzy nie musieli wyrzekać się swoich przekonań by zachować popularność.

Zresztą to roześmiane oblicze Budza jest jak pieczęć - nic się nie zmieniło wszystko jest jak było, ale znowu Pan Bóg zatryumfował. Bo czyja to zasługa, że dwa zespoły uznawane za chrześcijańskie mogą zgromadzić ponad sześćset osób na koncercie w "stolicznym" klubie? Drężmaka, który nie tylko pięknie machał piórami, lecz także pięknie wymiatał na gitarze, perkusisty Triquetry, który przed koncertem kupił od Beaty jej nowy hi-hat, bo nie miała już za co żyć, a potem pożyczył jej go z powrotem, żeby mogła zagrać na nim koncert, czy może tych wszystkich małolatów noszonych (niektórych z plecakami) na rękach przez tą część publiki, która wolała kontemplować sztukę stojąc na własnych nogach?
Gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że mimo wszystko nie było tak jak dawniej. Kiedyś Armia miała siłę i moc rozpędzonego pociągu - raz zapuszczona w ruch była nie do zatrzymania. Teraz i gitara i sekcja są już inne, nawet Popkorn na urlopie... Ech pamiętam taki koncert (niżej podpisany saportował wtedy - aż się łezka w oku kręci...) w Fugazi (dawnym kinie W-Z), który wielu ludzi do dziś wspomina jako jeden z najlepszych koncertów w swoim życiu! Zrobił on takie wrażenie na ówczesnym basiście Dezertera, że zapragnął grać w Armii. I grał! Styczniowy koncert to niestety nie było to samo, nie było też dużo gorzej. Było po prostu inaczej... także dla piszącego te słowa. Wcześniej żelaznym punktem każdego koncertu Armii było dla mnie odśpiewanie wraz z Tomkiem "Exodusu" Boba Marleya, teraz już nie - stąd hasło "wariaci pod scenę - próchno za drzwi" - szczególnie jego drugą część mogę kierować tylko do siebie he, he, he. Natomiast te kawałki z nowej płyty, które zagrali jako premierowe wcale nie zapowiadają schyłku formy.

Kiedy skończyły się bisy przyszedł czas na Houk. Tego zespołu także nie ominęły zmiany składu, oprócz basisty i pałkera nie rozpoznaję prawie nikogo, jasny gwint, ten rudy to chyba Maleo! No dobrze, że przynajmniej on jeszcze się trzyma. Nikt tak jak Darek nie potrafi rozruszać publiczności - może potrafi, ale ja takiego dawno nie widziałem, widziałem natomiast nie jeden raz w Akcji Darka i nie mogę się nadziwić jak to się dzieje, że zupełnie nie przeszkadza mu wyjście połowy publiki pięć minut przed tym jak zaczyna grać (to już była jedenasta wieczorem a do domu trzeba jakoś wrócić!). Mimo, iż Houk został zasilony przez DJ'a (chłopak puszczał m. in. niesamowite ragamuffin w przerwach pomiędzy zespołami) to jednak najlepiej wypadły utwory z płyty "Transmission into your Heart". Poczekam jednak na nowy materiał, z tego co udało mi się usłyszeć może być nieźle...... no i ja tez musiałem się jakoś dostać do domu, na szczęście Pan posłał mi anioła z samochodem i Stopa zawiózł mnie aż na Nowodwory, bo mimo, że było miło jak za dawnych lat to rano trzeba było się zerwać na autobus i do kieratu. He, he, he, to wszystko to kłamstwa, pamiętajcie!

Grzegorz Wacław

artykuł pobrano ze strony:
triquetra.kdm.pl

Nowości na stronie
Skad zespołu
Historia
Wywiady i recenzje
Teksty utworów
Fotografie
Audio i wideo
Koncerty
Linki
Maleo Reeggae Rockers
Tabulatury
Kontakt
Ksiega gosci
Statystyki