Darek Malejonek wygląda jak to on. Długie włosy, trochę w nieładzie,
dżinsy poznaczone tęczowymi plamkami farby, czarna, skórzana kurtka
z suwakami. Pytam o dwa znaczki, które ma do niej przypięte. Pierwszy,
ze stylizowanymi literami BSA, powinien kojarzyć się jednoznacznie
wszystkim tym, którzy interesują się motoryzacją. Ale warto posłuchać,
co na ten temat ma do powiedzenia sam Maleo: Ja bardzo lubię te motory.
A najbardziej lubię motocykle Indiana. Tu zaczyna się opowieść, że
Indiana przy takiej samej pojemności co Harley ma dużo większego
kopa i że marzy, aby kiedyś mieć taką maszynę. Przyznaje się, że ma
tylko samochodowe prawo jazdy i już dwa motocykle: starego Junaka
i taki ruski składak - trochę z Urala, trochę z Emki.
Drugi znaczek przy kurtce Malejonka to plakietka
z napisem Rock Against Racizm. Co znaczy - tłumaczyć nie trzeba,
więc słucham o przejściu ze skinami. Dopiero co występował z Armią w Lesznie
i miał na spodenkach naszywkę gegen Nazis: Byłem wtedy sam.
Podeszli. "Co to znaczy, dlaczego to nosisz? Chodź się bić!" Ja mówię: "Co ty,
zwariowałeś koleś, ja mam teraz koncert."
Malejonek jest kimś bardziej odpowiedzialnym, niż można sądzić. Robi
mi mały wykład, zaczynając od tego, że skini nie mają wejścia na koncert Armii.
Ludzie płacą za bilety i jeszcze mają dostać w głowę? Poza tym, są to
przeważnie dzieci - rodzice nie będą ich puszczać jak się okaże, że ciągle są
draki. I wówczas rock zdechnie. Jak skinów nie ma, to wtedy zabawa jest naprawdę
świetna. Jak się ludzie rozluźnią, to baiwą się znakomicie.
Maleo zapowiada, że niedługo rozstanie się z grupą Budzyńskiego i Brylewskiego,
bo Armia występuje dużo i nie sposób już tego pogodzić z Houkiem. A Houk gra ostatnio
coraz więcej i coraz bardziej absorbuje go: jak to własny zespół. Koncerty Houku nie
są może jeszcze takimi rockowymi misteriami jak koncerty Armii. Jednak też każdy z nich
to wielki ładunek energii i emocji. I też daje się odczuć to, co w rocku chyba
najwspanialsze: wspólnota. Malejonek śpiewa, gra na gitarze i opowiada z estrady, o czym
są pisane przez niego, anglojęzyczne teksty utworów. Jest w nich mowa o sile prawdy
i miłości. O wyższości tego, co duchowe, nad tym, co materialne. I sądzę, że teksty
byłyby właśnie takie, nawet gdyby nie było na czasie tak pisać. Po prostu Malejonek ma
mocno hippisowską naturę. A że śpiewa po angielsku... Gdy pytam dlaczego, uśmiecha się
przepraszająco i wyjaśnia, że z taką muzyką lepiej brzmią angielskie teksty. Zaś
muzyka Houku mówi sama za siebie. Jest w niej coś z porywającej atmosfery jam session.
Ta muzyka jest żywiołowa i własna, ale też w duchu Hendrixa, a amerykańskim klimacie.
Maleo nie kryje, że lubi Nirvanę. I że trochę go dziwi, iż niektórzy uznali ich za polską
odpowiedź na najnowszy rock z Seattle, bo grają tak samo od początku. Ale też przyznaje:
Nam to bardzo pomogło, dzieciaki są strasznie napalone na tę muzykę.
Houk nie ma w repertuarze żadnego z utworów Nirvany. Ma natomiast 1969
The Stooges, Pusher Steppenwolf i I Don't Live Today Hendrixa.
Wybrałem takie utwory, które bardzo mi się podobają, a wiem, że nie znają ich ci młodzi.
Chciałem pokazać pewne źródła - wyjaśnia Malejonek z powagą, choć na kogoś
poważnego na pewno nie wygląda.
HASŁO I SERCE
Pytam, skąd wzięła się nazwa zespołu. Nazwa, która kojarzy
się z indiańskim pozdrowieniem. Malejonek przytakuje, że można mieć takie skojarzenie.
Mówi, że oni sami też już zaczęli się tak pozdrawiać. Mówi też: Po prostu hasło,
które nic nie znaczy. Na zasadzie zabawy. Zaraz jednak przekonuje mnie, jak poważną
sprawą jest Houk: To jest jakaś misja. Houk może istnieć tylko w takim składzie
jak teraz. Dowiaduję się, że sekcja rytmiczna - Tadeusz Kaczorowski i Piotr
Falkowski - gra ze sobą już prawie 8 lat. Dała poznać się w Sstilu i Deuterze. Z kolei
Robert Sadowski - gitarowa podpora Houku - grał wcześniej z Madame i The Lizards Day.
Sam Malejonek tak mi opowiada o początkach swej fascynacji rockiem: W podstawówce
słuchało się Sweet i Slade, bo wtedy była taka muzyka. Na ławkach było wydrapane T. Rex,
ale ja już się na nich nie załapałem... Powetował to sobie z Houkiem: z początku
mieli też w repertuarze Children Of The Revolution...
W warszawskim światku rockowym pojawił się po raz pierwszy w 1981r. z zespołem
Ultrafiolet, którego największym osiągnięciem był jeden koncert w Remoncie. Później Salut,
grający ska, i Kultura czyli reggae. Kultura połączyła się z Izraelem Brylewskiego i tak
Maleo stał się muzykiem z czołówki. O Brylewskim mówi: Jest świetnym fumflem i na pewno
wiele mi pomógł w tamtych czasach. Z Izraela Maleo nie zrezygnował i rezygnować
nie zamierza, bo zespół ten nie jest obciążeniem, ostatnio rzadko zbiera się i mało daje
koncertów. Zresztą Malejonek nadal lubi reggae, nadal nie wyobraża sobie życia bez muzyki
Marleya i Tosha.
Gdy tak rozmawiamy o jego muzycznych upodobaniach, twierdzi, że słucha przeważnie
starych kapel, że lubi odkrywać nieznane sobie zespoły z hippisowskich czasów.
Z nowszych - oprócz wspomnianej już Nirvany - szczególnie ceni sobie Bad Brains. W ogóle
ma pewną słabość do amerykańskiego hardcore'u. Uważa, że wszystkie jego muzyczne fascynacje
mają pewien wpólny mianownik: Jest w tym ciepło. Jest serce.
PODRÓŻE I NAGRANIA
Historia Houku zaczyna się jak przystało na kontrkulturę. Jednak
prawdę powiedziawszy - dość nietypowo. Na początku był szczególny sprawdzian. Jesienią 1980r.
pojechali do Berlina Zachodniego. W trójkę. Fala nie dostał paszportu: Komuna nie dała
- informuje ze śmiechem Malejonek i kontynuuje: Było babie lato, chyba początek października.
Uliczne granie. Można się świetnie otrzaskać. Nie można nic udawać. Dobrze grasz - ludzie
stają...
To berlińskie granie było na tyle przyjemne, że zaraz potem zaczęli robić próby i założyli
Houk: Nie umawialiśmy się, co będziemy grać. Wiedzieliśmy tylko, że ma to być ostry rock,
wynikający z bluesa. Mniej więcej dwa lata temu powstały pierwsze utwory: Heaven, Grovin' Into
Love.
Drugim sprawdzianem był Jarocin '90: Wyjątkowo z sekcją dętą graliśmy, po jakimś
czadowym, hardcore'owym zespole z Holandii czy Belgii. Najpierw wyszedł sam Robert, zaczął grać
takie intro, gwizdy były straszne. A na koniec bisowaliśmy... To był taki pierwszy sukces. Od tego
momentu jakoś poszło.
Jednak Malejonek nie ma złudzeń, że ciągle jeszcze zaczynają. Że dopiero niedawne ukazanie
się Soul Ammunition - nagranego w lecie zeszłego roku - może być punktem zwrotnym. Może
uczynić z grupy coś więcej niż to, czym była dotąd, czyli wielką atrakcją małych klubów. Płyta
zawierała cały ich własny, z wolna narosły przez blisko 2 lata, repertuar. I brzmi niemal jak ich
koncert - niewiele jest dogrywek. Jedyna istotna różnica: Maleo występuje tu tylko w roli wokalisty.
Jak wyznaje rozbrajająco szczerze: Robert nagrał wszystkie gitary, bo jest ode mnie lepszy.
Słyszę też: Jest na tej płycie pewien klimat, który wyróżnia Houk. I wydaje mi się, że to
zostanie. Malejonek zapewnia mnie, że mają już repertuar na drugą płytę. I dodaje: Myślę,
że ten materiał będzie bardziej mocny, ale też melodyjny. W sumie taki elektryczny. Będzie w tym metal,
i hardcore, i to, co graliśmy do tej pory.
Jeszcze nie wiadomo, kiedy będą nagrywać nowš płytę. W ogóle przyszłość grupy ciągle rysuje się
dość niejasno. Taką cenę płacą za niezależność: Właściwie wszystko robimy sami, z pomocą
przyjaciół. Nie mamy żadnych zobowiązujących kontraktów. Myślę, że to się sprawdzi...
Jedno, co wiadomo: jesienią mają mieć trasę po Niemczech, Belgii i Holandii. Maleo już
cieszy się. Uważa, że muzyka jego grupy jest uniwersalna i chciałby pograć dla różnych ludzi w różnych
krajach. A poza tym - jak mówi - bardzo lubi przygody i na świecie jest tyle pięknych miejsc.
WIESŁAW KRÓLIKOWSKI